Z ładowaczem czołowym gospodarstwo ma lepszą wydajność

Nasze gospodarstwo rolne było dość nietypowe; wcale nie duże, ale wymagające. Wyłącznie naturalny, bezstresowy chów zwierząt. Żadnego złego traktowania zwierząt. Kury z wolnego wybiegu, krowy tylko dojne, owce na wełnę. Sama uwielbiałam zwierzęta, więc w moim gospodarstwie unikałam jak mogłam ich krzywdzenia.

Na prośbę syna kupiliśmy ładowacz czołowy

ładowacze czołoweJa zajmowałam się dbaniem o dobrą kondycję zwierząt, a mąż i prawie dorosły syn karmili je i zajmowali się innymi ciężkimi pracami w gospodarstwie. Pewnego razu, do domu wpadł mój syn i powiedział, że musimy mieć ładowacz czołowy. Bez niego jest coraz trudniej. No dobrze – powiedziałam, bo to ja zajmowałam się finansową stroną naszego gospodarstwa – wytłumacz mi co to jest i do czego. Dostałam wykład od syna, że wszyscy sąsiedzi to mają i tak naprawdę wiem o co chodzi tylko nie wiem, że to się tak nazywa. Pokazał mi ciągnik sąsiada z łyżką do ładowania. Potem powiedział, o kolcach ładowacza, na które nabija się bele sianokiszonki. Już wiedziałam o co mu chodzi. Zainteresował mnie temat. Jeśli jego zakup miał podnieść wydajność gospodarstwa to czemu nie. Sprawdziłam w sieci ile kosztują ładowacze czołowe, a syna zapytałam, jak sądzi: czy lepszy używany czy nowy. Mój mąż był człowiekiem ugodowym – dla niego każda opcja była dobra. Z ciekawości jednak zapytałam go co sądzi o kupnie ładowacza czołowego. Powiedział, że bardzo by się przydał w gospodarstwie, szczególnie zimą do odśnieżania, ale i bez niego się obejdziemy. Tyle lat ludzie dawali sobie radę bez technologii to i teraz byśmy sobie poradzili.

Ot jego zdanie. Kocham go za to. Wiem, że nieistotne było dla niego czy kupimy to osprzętowanie czy nie, on jest zadowolony z tego co robi. Co robi cała nasza rodzina. Nie rzucając się na ilość, nie zatracając człowieczeństwa.